Historia życia pani Ziny

Opowieść Zinaidy Smoktunowicz, spisana 10 lutego 2008

Urodziłam się tutaj w 34 roku, od początku mieszkałam w Teremiskach. To jeszcze były czasy przedwojenne. Przed wojną to ja byłam mała, prawie nic nie pamiętam. Pamiętam, że tatuś pobudował nowy dom i przeprowadziliśmy się do tego domu przed wojną akurat.
Pomieszkaliśmy chyba pół roku. I wojna wybuchła, wtedy nas wywieźli. A wcześniej mieszkaliśmy w malutkim domku, starym. Tak, że dla rodziców to było trudne: dużo dzieci było, a zarobki to takie sobie były. Tata pracował w lesie.
Przed wojną to były ciężkie czasy,  nie takie jak teraz – ludzie mają renty, emerytury. Kiedyś tego nie było; nie było  z czego żyć. Tylko były te pieniążki, które zarobione  były w lesie. Pieniądze to były na wagę złota, naprawdę.
Mama była krawcową i tak dorabiała.
Rodzina była duża – pięć dziewczynek i brat. Jedna zmarła w czasie okupacji, miała dwa latka.

O wywózce na Sybir
Na początku wojny, jak tylko weszli Rosjanie, to wywieźli na Sybir pięć rodzin z Teremisek. To była tragedia. Mama bardzo płakała, bo to po sąsiedzku rodzina taka była. To były osoby na jakimś stanowisku: gajowy, strażnik w lesie. To było okropne dla Teremisek. Sąsiadka chciała jeszcze wziąć pieniądze, były schowane gdzieś tam pod belką, a wyjeżdżając prosiła, żeby pieniądze wziąć. Ten żołnierz ruski nie dał tego, zabrał sobie.
Z Syberii dużo osób nie wróciło. Z Teremisek to tylko trzy rodziny wróciły. Jeden do Anglii wyjechał, wywieziony już z Rosji, leśniczym był.
Tutaj jak Rosjanie przyszli, to po swojemu wszystko, ludzie się bali po prostu.

O wywózce na Białoruś
Chyba w 42 Niemcy wywieźli całą wieś. Byłam jeszcze wtedy mała, nie wiem, dziewięć lat może miałam. Ale trochę pamiętam. Pamiętam ten wywóz. Trzeba było za dwie godziny spakować wszystko. Do każdej rodziny było po dwóch Niemców, którzy pomagali wynosić rzeczy z domu na furę. Mama już do niczego była, cały czas płakała. Była z nami babcia, taty mama, która nie była jeszcze tak załamana i ci Niemcy pomogli babci podepchnąć ten wóz pod dom. A ile tam na tej furze? Teraz to fury duże, a kiedyś to były żelazne koła, fura taka malutka. I jeszcze sąsiadka też wpakowała się na naszą furę. Swoje wszystko wyniosła, co mogła. Wszystkie kobiety z dziećmi Niemcy pognali do dużych samochodów, które stały pod lasem, a mężczyźni potem jechali tymi furami. Te samochody zapakowane, dzieci  małe płakały. Mój brat taki malutki był jeszcze wtedy. Wywieźli nas na Białoruś, na granicę. Już za granicą Niemcy zostawiali po kilka rodzin w każdej wsi. Myśmy mieszkali w stodole – trzy rodziny. Ognisko żeśmy rozpalali na podwórku, niektóre kobiety zabrały ze sobą krowy uwiązane do wozu, to mieli mleko. Moja mama żebrała, chodziła po mieszkaniach i prosiła kawał chleba. Ludzie dawali. Po jakimś czasie nie pamiętam ile dokładnie to było, miesiąc czy dwa, Niemcy pozwolili wyjechać – kto gdzie chce. Po mamę przyjechał brat, który mieszkał i do tej pory mieszka za Hajnówką, na wsi. Przyjechał końmi, furą i nas zabrał do siebie. Jechaliśmy chyba dwa dni. Tam mieszkaliśmy chyba parę miesięcy i potem tata znalazł pracę w Hajnówce, w jakimś tam zakładzie, gdzie drewno się przerabiało. A mama letnią porą to chodziła po wsi i pomagała przy żniwach, przy pieleniu…gdziekolwiek, gdzie się dało, tam pracowała. Chleb nam przynosiła. A to takie było życie.

O powrocie do Teremisek po wojnie
Do Teremisek wróciliśmy jak tylko przeszedł front. Sowieci Niemców przegnali, Hajnówkę wyzwolili. Taka wąska kolejka była lasem, którą Niemcy w 14 roku zbudowali. I wywozili z puszczy drewno do Niemiec.  I wtedy po okupacji już tata wziął wynajął w Hajnówce na tą wąskotorówkę takie waganietki, zbudował tam taką budę, wszystkie dzieci do tej budy i z mamą i starsza siostra i ja… i tak z tyłu tak pchano tą budę na tych waganietkach, na tej wąskotorówce. I od Hajnówki za dwa dni przyjechaliśmy tutaj.
Tutaj naprzeciwko wsi jest jeszcze kawałek tej kolejki.
I tata przyszedł tutaj niedaleko przez las, a mamy brat tutaj już wcześniej przyjechał, miał konia i przyjechał po nas. Tak to wróciliśmy na Teremiski.
Jak wróciliśmy to Teremiski wyglądały tak jak las. Krzaki były wysokie już, zarośnięte za trzy lata, bo to chyba było trzy lata… pokrzywa do pach, na podwórkach były tylko zgliszcza. Tylko zgliszcza i pokrzywa. i brzoza tak szybko rośnie, te krzaki brzozy, różne tam krzaki, pozarastane. A przecież to wojna, na nogach nie mieliśmy nic. Na bosaka tata przyprowadził nas. Jak przyjechaliśmy tutaj, to mieszkaliśmy w takich budach w lesie. I pamiętam, każdy przy swojej budzie ognisko rozpalaliśmy. A ziemniaki, to pamiętam, mama chodziła do Pogorzelec, gdzie Niemcy na naszych gruntach sadzili. Tam chodziła w nocy i kartofle nam przynosiła. I te ziemniaki w tym garnuszku przy ognisku się gotowało i się jadło.
Pamiętam kiedyś trzech Niemców przyszło, oberwanych, obrośniętych i gotujące się, gorące ziemniaki biorą i gorące jedzą. Wybierają gotujące się. Zjedli nie pytając się nic. I jeszcze jeden Niemiec wyjął zdjęcie rodziny -  dwoje dzieci i żona. Pokazał.  Wiecie, jak oni wtedy wyglądali….to byli żołnierze, normalni ludzie, tacy jak my. Ale ich potem złapali Polacy, gdzieś tam w Hajnówce. Tak potem mówiono. I tak to było.
Odbudowa Teremisek zaczęła się od tego, że mężczyźni zaczęli kosić podwórka. Najpierw to podwórko wykosić, a takiej pokrzywy to przy samej ziemi nie da się skosić.. to pamiętam jakeśmy nogę poparzyli, małe dzieci. Starsze dzieci to już pomagały dla rodziców, to nie było się obijanie. I stopniowo, po trochu, te drzewa z lasu się zwoziło, przetarło się rękoma, przecierali mężczyźni. I tata sam budował.
Po wojnie wieś to była jak jedna wielka rodzina. Naprawdę. Jeden drugiemu to tak pomagał jak mógł. U siebie robił i jeszcze u kogoś, kto nie potrafił tej chaty zbudować. Rano, raniutko szli i budowali. Nie taką lepszą, to gorszą, byle by wejść pod jakiś dach, byle by zamieszkać. I tak szybko ludzie wracali.
Najpierw to mieszkaliśmy pod takim tylko daszkiem, drzwi nie było, nic. To było już w listopadzie, śniegu już trochę napadało. My jeszcze spaliśmy pod takim dachem. No, ale tata pobudował taki większy dom, potem przegrodził, to miał dla koni. I tam chatka to była jeszcze bez podłogi, ale już łóżka, jakie tam były, to były już wstawione, już spaliśmy. Światła nie było, były lampy. Lamp naftowych nie było, jak ktoś miał naftową, to dobrze u niego było. Smoliną paliliśmy na kominku i tak oświetlaliśmy kawałek domu, bo całej nie można było oświetlić z takiego kominka. Jak już podłogę tata ułożył to jej, jak już było dobrze! To już był może grudzień.
Kiedyś to mężczyźni na wieczorki przychodzili, a myśmy tak tylko słuchali, jak oni rozmawiają. Tata nam nie pozwalał słuchać. Pamiętam jak tak z cicha, między sobą mężczyźni rozmawiali o tych żołnierzach Polakach, którzy zginęli w Rosji. Już wtedy mężczyźni wiedzieli. Tylko tak rozmawiali cicho, żeby nikt nie usłyszał. Bali się.

O młodzieży, zabawach i śpiewach
Dużo było młodzieży. Wieś była duża, nie tak dom przy domu, ale było. Były grupy: starsi –grupa, młodsi – grupa i jeszcze to najmłodsze pokolenie. Na jednym podwórko niezamieszkanym zrobili mężczyźni podłogę z desek, ławki dookoła i tańczyli tam. Muzykant był swój w Teremiskach. To były wesołe czasy. Ja byłam w tej młodszej grupie, ale też tam chodziłam, nie tańczyłam, ale oglądałam to wszystko.
Wieczorami albo tańczono, albo śpiewano. Grupa dziewczyn się zbierała i chłopaki i szliśmy na spacer, aż pod Budy. Śpiewaliśmy po drodze, wesoło było, naprawdę,
Potem praca w lesie była, młodzież starsza do zalesienia chodziła, wycinkę już robili, a zbierano się wieczorami. Nie było wieczora, żeby młodzież się nie zebrała. I to te grupy oddzielnie – starsi oddzielnie, młodsi oddzielnie. Kiedyś jak mama była mała rozmawiano tu po białorusku, śpiewano przeważnie białoruskie piosenki, ukraińskie, rosyjskie, polskie też.  Ten śpiew to tak łączył ludzi i do tej pory się pamięta, to jeszcze mama uczyła. Śpiewano najwięcej o miłości. Na Wielkanoc, Boże Narodzenie ludzie się schodzili i śpiewało się. Teraz to już chyba nikt nie śpiewa, nie ma komu. Wtedy to i katolicy i prawosławni, to było tak wymieszane i nie było kłótni na ten temat. Teraz też tak jest. Tak na przykład jak ktoś umrze to idą wszyscy razem, i katolicy śpiewają i prawosławni umieją te piosenki. W każdym prawie domu jest pomieszana rodzina, prawosławni wychodzili z katolików i na odwrót.
Na Wielkanoc grupa mężczyzn i chłopaki zbijali malowane jajka, kto komu więcej zbił. Wychodzą na ulice, oddzielne grupy zbierają się i kto komu najwięcej. Kto wygra. A się już tak chwali jak ma takie mocne. Święta to były zawsze wesołe, była potańcówka wieczorem, harmoń, śpiewy…już niektóre pary się porobiły i z Białowieży chłopcy przyjeżdżali.

O szkole
Szkołę zrobili w jednym pokoju, wynajętym. O to był ten dom Wołkowyckich, za panią Walą. To bogata rodzina w tym domu mieszkała. I to był duży dom. Może rok trwało nauczanie w tym domu, a potem chodziliśmy na Budy. W kapciach, bo butów po wojnie nie było. Ja byłam przerośnięta, od razu poszłam do trzeciej klasy, po półroczu do czwartej. I potem do Białowieży, do piątej klasy też byłam przerośnięta, ale jakoś dałam sobie radę. Słabo się uczyłam, ale przechodziłam z roku na rok.
Szkołę w Teremiskach wybudowano dużo później, zajął się tym Urząd Gminy z Białowieży. Do tej szkoły to już moje dzieci chodziły, aj wyszłam za mąż za chłopaka z Teremisek. Potem szkołę zlikwidowano i wożono dzieci do Białowieży, na przyczepie dowożono. W Teremiskach było dużo dzieci.
Jak była ta szkoła, to wesoło w Teremiskach było – choinkę robili, to i młodzież i dzieci. Wpierw dla dzieci była impreza, potem dla starszych. To wszystkie lata tak było. Potem już zbudowano  ten klub, to już młodzież tam chodziła. Już mój Jurek tam urzędował. On tam opalał, ja sprzątać pomagałam. Ale to już dużo później, nie pamiętam, w którym roku było. Kiedyś to było wesoło, nie ma porównania do dzisiejszej wsi. Nie było tu kiedyś asfaltu, asfalt to dużo później zrobiono. Przedtem to był z kamienia ułożony bruk, a za mamy pamięci to tylko błoto na ulicy było. Przy płocie ułożone były deski, żeby tylko przejść można było. A kamienie to przywozili puszczy. Tam był takie zamczysko, może to jeszcze rosyjskie. Jeszcze przed wojną stamtąd kamienie wywożono.

O sklepach
Po wojnie sklepu nie było. Przed wojną to Żydzi przywozili wszystko na furze, handlowali. Przyjeżdżali raz w tygodniu. Nocowali we wsi, w stodole u babci, a potem jechali dalej, na Pogorzelce.
Potem był sklep w domu, Czesi ojciec miał.
Wożono zboże z Teremisek do Narewki do młyna, do Żyda. Ludzie sami piekli chleb, każda gospodyni musiała umieć upiec, to był czarny chleb.

Ten dom to jest dom powojenny, ja wyszłam za mąż, na tym siedlisku, skąd wyszła moja mama. Na tym placu babcia mieszkała. Kiedyś to z rodzinami się mieszkało, niewygodnie, ale się mieszkało. Teraz tego nie ma. Sporo ludzi wyprowadziło się, powyjeżdżali. Wyfrunęli młodzi stąd. Dużo ludzi też poumierało, działki puste zostały.
Mało zostało tych młodych, to głównie chłopacy. Dziewczyny to starały się uczyć i dały sobie radę, powyjeżdżały, pracują. A chłopcy nie chcieli się uczyć, tak zostali. Dziewczyny widziały, że nie ma dla nich tutaj przyszłości, więc się uczyły, a chłopacy.. jeszcze alkohol robił swoje.