O gościnności i plackach ziemniaczanych

Opowieść Wandy Czaczkowskiej (z domu Wiszniewskiej), spisana 23 września 2010

A tu taki był dom, że na okrągło ludzi było pełno. Kiedy nie przyjechałam nie można było wejść. Wszystkich. Mama to miała taki charakter, przecież nie umiała ani po niemiecku, po francusku… ale się z każdym dogadała. Jedzie samochód, przystanie albo ktoś tak inny przystanie koło bramki, to ręką – to już, że zaprasza. A już jak na podwórko zaprosiła, to przyprowadziła do domu. Jak już przyprowadziła do domu, to już nie musiała się dogadywać, zaraz na stół poczęstunek i jest. Kiedyś przyjeżdżam, a tata stoi przy płycie i smaży placki, a cała taka miska, ze 20 kg kartofli natartych. … Myślę sobie: matko po co im tyle placków? A to już Francuzi, że będą na kolację. Że pojadą do lasu, będą jechali z lasu i przyjadą na kolację. Oni dla nich tak te placki smażą.