O kolędowaniu

Opowieść Wandy Czaczkowskiej (z domu Wiszniewskiej)spisana 18 września 2010

Całą jesień to już szykowało się te gwiazdy. Trzeba było robić gwiazdy. Bo trzeba było odnawiać, jak już nieraz była jedna, ale często tu było tak, że one były w ogóle stracone po każdym kolędowaniu. Bo jakaś tam grupka się znalazła i nam pobiła tą gwiazdę. Trzeba było odnawiać. Z powrotem naklejać. Albo już robiliśmy nową, żeby tu była już ładniejsza. To tak zaczynało się już od października, szykowało się papierki – to przecież nie było tak tego wszystkiego. Tę karbowaną tę taką bibułkę, to z tej bibułki, to pompony były. A taki pergamin – był taki arkuszowy pergamin – to się smarowało tłuszczem, żeby on był przezroczysty i na tym się naklejało, z papieru wycinało się różne takie wzorki i naklejało się na ten papier – choineczki, laleczki, no różne, co kto umiał wyciąć. W środek wstawiało się świeczkę do tej gwiazdy. I jak tam ją się tak kręciło, to ta świeca paliła się, to to się niby tak ruszało. Ale to się wcale nie ruszało, tylko to się tak wydawało, że porusza. Pamiętam kolędy, uczyliśmy się śpiewać, haftowaliśmy, serwetki robiliśmy. Stała lampa, dzbanek na stół, lampa – bo nie było światła jeszcze. Światło nie pamiętam, w którym tu roku, już nie pamiętam, ale pamiętam, że nie była światła. To lampa paliła się naftowa i my siedzieliśmy w jednym pokoju dziewczynki i kto robił serwetki, kto haftował. Pościel haftowałam, też miałam swoją pościel haftowaną śliczną. Za marudnie to mnie było. A chłopcy w drugim pokoju. Grali w karty. No i tak sobie już planowali, jak to w taki młody wiek, ile to było lat, 15… 14-15, no to już jakiś tam się chłopiec trochę podobał, nie? I później my, to już tak, jak się skończyły nasze te kolędy albo te wyszywania, to albo dziewczynki pierwsze ruszały do domu, albo chłopcy. No i zawsze było odprowadzanie, że chłopiec dziewczynkę odprowadzał. Tylko, że to było inne odprowadzanie, dziewczynka szła jedną stroną ulicy, chłopiec drugą… To nie tak jak dzisiaj, w objęciach. Ale podobać się, to się podobały chłopcy, mi też się podobał.
Spotkania były co wieczór w innym domu – nie w jednym, tylko co wieczór w innym. A jeszcze było to ciekawe, że jak było przypuśćmy u nas spotkanie, to już mama, no i ja póki się schodziła młodzież, to pomagałam mamie, no i była przyszykowana kolacja dla wszystkich – ile było osób, tyle było przyszykowane kolacji. Albo była jakaś tam pieczona bułka albo były placki ziemniaczane, a jak jesienią był już zabity świniak, to była kiełbaska. I to w każdym mieszkaniu było takie – tak to było to przyjęte: że jak my dziś jesteśmy u mnie, to jutro idziemy do drugiego domu czy tam, i tak do każdego domu, tak co wieczór szliśmy. Jak było kolędowanie, to każdy dom był odwiedzany. W każdy wieczór inny dom. I tak nam minęło – od października do kolędowania. Także na kolędowaniu to już umiałyśmy wszystkie piosenki. Nie było tak jak teraz. Później jak tu już przyjeżdżałam, to już syn chodził kolędować, ale już my chodziliśmy posłuchać po prostu z tyłu tam. To to wejdzie do mieszkania, jedną zwrotkę albo i nie całą i już dziękuje gospodarzom. A u nas to było dwie piosenki od deski do deski, cała musiała być, albo jeszcze i trzy, jak gospodarz sobie zażyczył.
Starsi, rodzice to się przebierali. To już właśnie ten nauczyciel Tadeusz z żoną i moi rodzice i tu jeszcze kilku. To już chodzili, to się przebierali za Cyganów.
Najpierw mali, najmniejsi chodzili, dla nich już były szykowane pieniążki. Później chodziła taka starsza grupka, to tu były takie grupki, no tam już było tak z 9 osób, z 10 osób. Później przychodziła młodzież. To albo gwiazdę pożyczała od mniejszych, jak jeszcze swojej nie mieli, a później to już swoje mieli gwiazdy. A dzieciaki to już swoje gwiazdy w domu chowali. A już na końcu jak wszystko przekolędowało, to już chodzili dorośli. A już dorośli to już wszyscy – od starszego, kawaler, żonaty, wszyscy, wszyscy chodzili, to już cała grupa. No to już dla tej grupy to już trzeba było wałówę szykować. To już oni chodzili z woreczkiem i też było przyszykowane: chleba troszkę, ale kiełbasy to już obowiązkowo musiało być kółko albo i dwa, i słonina, i kaszanka, wszystko co było ze świniaków zabijane, to już musiało być dla kolędników dane.
Ostatnia grupa – starsi, najstarsi. To już byli tacy starsi – kawalerowie i żonaci. No to oni już chodzili z woreczkiem, wszystko tą zakąskę wrzucali do worka, później przychodzili do domu i bardzo często, chyba najczęściej to było u nas, już rozpalali kuchnię wieczorem po kolędzie, stawiali gary na płycie i gotowali te kiełbasy, smażyli te boczki i do rana balowanie było. I jeszcze tutaj taki pod lasem taki mieszkał… Smoktunowicz on się nazywał? On się nazywał Kola, a na niego nazywali Synok. Ja tak od razu mówię tak, jak to było. On był jedynak i jego mama zawsze nazywała Synok: Oj ty mój synok. To on umiał troszkę grać na akordeonie. I to on już przychodził tutaj z tą swoją harmoszką i jak towarzystwo zjadło kolację, to do rana była zabawa. On grał jak umiał, a reszta tańczyło też jak umiało. To było takie kolędowanie u nas, ale było bardzo fajnie. Tak się czekało tych świąt, bo to było kolędowanie. I wszyscy chodzili razem – czy Polacy, prawosławni, wszyscy razem kolędowali. Tak samo, jak było prawosławne święto, to też wszyscy razem szli.
Tylko troszkę tak zmierzchło. Gdzieś szesnasta. Szesnasta to najpóźniej chodziła kolęda. (…) Chodzili tutaj na wsi. Tyle domów było, a kolonia przecież cała. Trzeba było dojść do kolonii, tam po tym śniegu. Ale to było ślicznie, te zimy mroźne. Idziesz, to tego śniegu, pod nogami skrzypi. Cudownie było. Teraz troszkę inaczej, nawet te zimy nie takie. No ta zima to była taka podobna. Taka prawdziwa, taka zimna była.