O odbudowie wsi, o nauce i pieśniach

Opowieść Zinaidy Smoktunowicz, spisana w 2008 roku

Ja tutaj się urodziłam. Tam jest taki dom z gankiem, ja właśnie z tamtego podwórka pochodzę. Ale ten dom, to jest już zbudowany po wojnie, a kiedyś kiedyś, jak się urodziłam, to był taki dom malutki. Kiedy to było…w 1934 roku. Nas było sześcioro dzieci, jedna siostrzyczka najmłodsza umarła jak miała dwa latka, nas się wychowało 4 siostry i jeden brat.
W czasie wojny byliśmy wysiedleni przez Niemców, to była okupacja, tak to by nikt stąd nie wyjeżdżał, to było w 42 roku. Troszeczkę pamiętam, jak było. O tym wywożeniu to ja wam tak nie opowiem, ale ja mam piosenkę, którą ułożyła młodzież już po wojnie, po powrocie tutaj na te zgliszcza i tam wszystko jest opisane od początku do końca, jak nas wywieźli, jak mieszkaliśmy na obczyźnie. W 42 roku wywieźli nas i po 3 latach wróciliśmy na zgliszcza. Tutaj było wszystko spalone. Po trzech latach wszystko zarosło, pokrzywa, krzaki. Niby była ulica, ale już porośnięta taką większą trawą, było okropnie. Ja pamiętam, jak pokrzywa była po pas, nie można było wejść na podwórko, a przecież wtedy nie było butów, wojna…
Wszyscy wrócili, ale stopniowo, każdy wracał jak mógł i kiedy mógł wrócić. Myśmy mieszkali w Hajnówce i tata pracował w takim przedsiębiorstwie i tam mógł wypożyczyć z tartaku dwie wagonietki na wąskotorówkę, zbudował na nich takie pokrycie…ojciec mój był zdolny, on budował domy, on wszystko mógł zrobić. I tak zapakowali wszystkie rzeczy, które mieliśmy tam w Hajnówce, a to wiadomo, po wywózce prawie nic nie było, same ubrania, zapakowali wszystkie dzieci na ten pojazd i jeszcze drugą rodzinę, też  z Teremisek – młode małżeństwo, jedno dziecko mieli. Pchali te dwie wagonietki z Hajnówki aż do Teremisek, przez puszczę.
My na początku wróciliśmy, jeszcze mało kto był. Nasz wujek, brat rodzony mamy, już tu był, miał konia i przyjechał po nas przez las,  tak raz i drugi przewieźli nas. A tu – jak w lesie było.
Ale wiecie, jak to było, jak to wtedy ludzie byli…jeden drugiemu tak pomagali, jak mogli, każdy kto wrócił..to tak pomagali…Szybko zbudowali taki szałas byle jaki, byle nie kapało, nie padało i tak siedzieliśmy w tym lesie…wróciliśmy w lipcu mniej więcej i do jesieni w tym lesie byliśmy. Już robiła się jesień, chłodno i zaczęli już budować tutaj, na wsi, byle jak, byle szałas – nie szałas był. W listopadzie już śnieg napadał. Myśmy spali pod takim dachem spuszczonym jedną stroną do ziemi, a tam było zawieszone jakimś kocem, czymkolwiek. Już do grudnia tatuś zbudował dom, sam budował, ale ludzie pomagali,  już można było wejść do kuchni, tylko to była jeszcze kuchnia bez podłogi, ale łóżka już siakie takie były. Nie było światła, nie było lamp nawet. Paliło się smoliną. Była taka dziura, kładło się smolinę i podpalało się.
Ludzie byli jak jedna rodzina, szczerze mówię. Kto wcześniej przyjechał, pomagał tym, którzy wrócili potem. Byle by wejść pod ten dach. A na przykład, ta Wala, która mieszka za mną, ona nie pochodzi stąd, ona zza Hajnówki pochodzi. To było tak, że jej męża ojciec zmarł, jak był młody jeszcze, to tej żonie jego, to tak pomagali, jak tylko mogli. Pamiętam, idą z kosami, chyba z sześciu mężczyzn, przechodzili przy naszym domu, to ja pamiętam, już byłam trochę większa i szli do niej na łąkę kosić. Rano szli.
Już za parę lat to młodzieży było dużo. To była wieś duża, naprawdę duża. O tam, idąc na Budy, teraz jest pusto, prawda? A tam  przecież były chaty pobudowane. Tam gdzie Wiszniewscy, to było pięć kawalerów. Tam było kilka chat, później tu bliżej też się budowano. Potem, za parę lat, to naprawdę tutaj było dużo ludzi, dużo młodzieży. Naprawdę było wesoło. Tutaj na wsi w prywatnym domu szkołę zrobiono, nauczanie, tutaj u Wołkowyckich. Przyjeżdżała nauczycielka z Białowieży i było do czterech klas. A potem do Białowieży i to nie wszyscy. Mój ojciec, to był taki że chciał, żeby dzieci się uczyły. Nie wszystkie dziewczyny poszły do Białowieży. A do szkoły trzeba było rano na ósmą godzinę na piechotę dojść. Dróg nie było, to były bagna. Tą drogę, co dzisiaj do Białowieży jest, to wybudowano potem, dużo, dużo później. A butów nie mieliśmy, dopiero potem były buty gumowe z cholewką, a na początku to jakieś kalosze, nie-kalosze.
Potem to już na wieczór, pod wieczorek jeszcze już zbierała się gromada młodzieży i spacerkiem pod Budy i  z powrotem, pod las szli i śpiewali, było wesoło, naprawdę. A tu, u pani Urszuli Wiszniewskiej, jest taki ogrodzony sad, tam właśnie młodzież zrobiła taką potańcówkę, ułożyli ładnie podłogę, dookoła ławki, był jeden chłopak, który umiał grać na harmonii i tam sobie robiliśmy potańcówki.
Śpiewało się przeważnie białoruskie piosenki, takie, które uczyliśmy się od swoich rodziców. Piosenki były najwięcej o miłości. Było dużo kawalerów i dziewczyn i dużo się tutaj swoi pożenili. Potem jakoś trochę młodzieży wyfrunęło stąd. Tam jak się idzie do Bud, było gospodarstwo Wiszniewskich, było 5 kawalerów, z tamtych chłopaków Wiszniewski był potem nauczycielem tu, wyuczył się, i był nauczycielem w Białowieży. Jak ja się jeszcze uczyłam wtedy, to język białoruski wykładał. Potem wybudowano tu szkołą, cała wieś budowała. Było pozwolenie z gminy na drewno,  koniem jechało się po to drewno, nie tak jak teraz traktorem, wozy nie były takie jak teraz ogumowione, to był żelazny wóz, całkiem co innego. To właśnie ludzie nawozili tego drewna. Bale piłowało się ręcznie. Mój ojciec to był taki, że umiał to robić, każdy prawie umiał. To drewno było przetarte ręcznie. Wy może nie wiecie, jak to wyglądało. To były postawione dwa takie stołki i położony bal, jeden facet stał na dole a drugi na tym balu i  tą piłą… No i pobudowano tą szkołę, to już moje dzieci tu były, od pierwszej klasy już.
Tutaj było tak gęsto, chata przy chacie, a jeszcze było tak w niektórych miejscach, że na jednym podwórku to mieszkało albo dwóch braci albo jakieś dwie rodziny i nie jedna była chałupa, a dwie. I była zgoda i nie kłócili się, naprawdę.
Sporo ludzi poumierało.
Młode dziewczyny to dały sobie radę, nie tak jak chłopcy. Bo chłopcy to nie chcieli się uczyć, niektórzy tak, ale dużo chłopców nie chciało się uczyć. U mnie to tak było – maż chory, mieszkaliśmy z rodziną, bo to teściowie mieszkali z nami, ale dziewczyny moje uczyły się. Dojazdu nie było, trzeba było rowerem rano jechać do pociągu. Tak jak Tamara uczyła się w zawodówce handlowej w Hajnówce i dojeżdżała pociągiem. Rower zostawiała u jednej znajomej pani, przyjeżdżała pod wieczór i wracała. Jurek uczył się w technikum w Białowieży. A najmłodsza, tak Bóg dał, że poszła na studia – w tym nadleśnictwie pracowała, miała opinię dobrą, wysłano ją na studia, opłacano i teraz ma dobrą pracę w Warszawie.
Mąż mój zmarł mając 48 lat, 10 lat chorował po zatorze. Jeszcze żył teść, był dobrym człowiekiem, i teściowa i mi pomagali. Dziewczyny to jakoś patrzyły na życie inaczej, jak to będzie, jak sobie radę dać, jak się uczyć. Chłopcy to mniej o to dbali, mniej o tym myślą, jak żyć. Dużo dziewczyn wyfrunęło dlatego, bo uczyły się. Każdy rodzic chce, żeby jego dziecko się uczyło a dziewczyny bardziej tego słuchają, są posłuszne, bo chłopcy jakoś to sobie lekceważą.
Tak najlepsza, najcudowniejsza myśl to naprawdę nie wiem, może jak wydawałam córkę za mąż.
Ale wiecie co, z młodości najpiękniejsze co zostało, to te śpiewy, te śpiewy we wsi. To było naprawdę takie wesołe życie i nie to, że dla młodzieży, bo i dla starszych. Wieś nieduża, to i rodzice byli zadowoleni. Piosenek uczyliśmy się od rodziców. Teraz w Teremiskach śpiewa niewielu, nie ma młodzieży. Śpiewa się przy okazjach. Ale to inaczej było u nas, bo jak szkołę pobudowano, to i rodzice mogli i młodzież, i choinka była, było naprawdę wspaniale i wesoło. Takie imprezy były w szkole. Wszyscy razem, i starsi i młodsi, katolicy i prawosławni. Nigdy nie było kłótni na ten temat, że to katolik, a to prawosławny. U nas na wsi zawsze rozmawiano po białorusku, katolicy też. Po wojnie młodzi zaczęli się uczyć w języku polskim i rodzice się od nich uczyli. Bo my teraz między sobą to po białorusku rozmawiamy. I ukraiński razem tam, bo to tak można powiedzieć, że nie całkiem tak czysto po białorusku. Z opowiadań mamy i taty pamiętam, że Budy to cała wieś była katolicka, ale z Bud też żenili się na Teremiski i z Teremisek na Budy. Babcia taty pochodziła z Bud. W Teremiskach przeważnie byli prawosławni, ale było też tak, że żenili się z katoliczką i już dzieci były prowadzane do kościoła przez matkę.
Ale ten śpiew to był najważniejszy i to było takie śpiewanie na całą wieś, bo to szliśmy całą grupą w jedną stronę i z powrotem. I u tych Wiszniewskich, którzy mieszkali za wsią, było tych pięciu chłopów, to tak ładnie śpiewali, naprawdę, byli starsi ode mnie. Ja wcześniej wracałam do domu, a starsi do później wracali, już ciemno było, wraca do siebie do domu i śpiewa na całą wieś.