O przyjeździe do Teremisek

Opowieść Marii Cwalińskiej, spisana 18 września 2010

Od czego by tu zacząć? Ojej, przyjechałam ja tutaj, to już będzie czterdzieści jeden lat. Matko święta, jak to kawał czasu. W listopadzie. Trzeciego czy czwartego listopada. Zimno. Chłodno. Jeszcze gorzej jak dziś. Deszczowo. No i cóż? Z łomżyńskiego. Ludzie nieznajome. Mowa nie taka, no i koniec świata. Nie wiedziałam w ogóle, jak to będzie. Jak ja będę żyć. Po prostu myślałam, że nie będę umiała żyć tutaj. No bo się nie dogadam, po pierwsze. Ta mowa mnie trochę przeraziła. Ale po mału, po mału, po mału czego nie wiedziałam, to tam na Dąbrowie była pani Wołkowycka, ich już nie ma, tam, gdzie Jurek mieszka teraz. Tam ona mieszkała. Pan gajowy był – Kola. I pani Oleńka. I córkę mieli. I syn. Syn to już tam się uczył, córka chodziła do szóstej klasy. Czego nie wiedziałam, no to pytałam się jej, co to znaczy, co to ma być, jak to ma być. No i ona mnie dużo tam wytłumaczyła. Powiedziała, co do czego.
Jak to się stało? W gazecie wyczytał mąż. Przyjmują do lasu, potrzeba robotników. I mieszkanie zapewniali. A to było kiedyś ważne, tak jak i teraz. Więc graty ze sobą, manatkii, poszło. Mąż był zwykłym chłopem, zwykłym człowiekiem, który był bez pracy jeszcze tak naprawdę. Tu dali piłę, dali siekierę i rób co chcesz. Leśniczy zaprowadził, a człowiek czy będziesz umiał czy nie. Potem na piłę to kurs musiał skończyć. I już. Tak o jechało się, wie pani, może, może. Mieli tylko rok posiedzić tu. Mieli jechać dalej, ale dzięki bogu czterdzieści lat już. I to chyba koniec opowieści mojej, mojego życia. No bo coż tu więcej zrobić?