O Rodzicach

Opowieść Wandy Czaczkowskiej (z domu Wiszniewskiej) spisana 18 września 2010

Dom stoi w tym samym miejscu. Jaki on naprawdę był przedtem? Tylko wiem, że był na dwie połowy. I to tak wchodziło się od ulicy i druga ta połowa to była szkoła. Tak już naprawdę, jak tu było, to tylko mnie Czesia mówiła. To ona tu wszystko wie. To ja to wiem… no znaczy rodzice też, mama opowiadała, jak to było. Bo mama to była w ogóle też nietutejsza. Nie z Teremisek. Mama była z koło Porozowa, Nowosiółki. One należały do Polski wtedy, te ziemie. Dziś, na Białorusi. Tu koło Grodna. A tatuś był teremiszczański, rodowity. Także jak… To tak jak mówię. Że był dom na dwie połowy. No to jak była tam szkoła, no to też musiało być ze dwa pomieszczenia, żeby była szkoła, albo i trzy.
Tata był leśniczym. Przed wojną dziadek też był.
A z mamy rodziny, to znowu, tam w tych całych Nowosiółkach, to znowu tam to też prowadzili [przedsiębiorstwo leśne], ale przez to i stracili dużo, bo wszystkich wywieźli na Sybir. Bo był dziadek, wujek, syn – to znaczy mamy brat rodzony. I prowadzili przedsiębiorstwo takie leśne. To tam u nich Żydzi kwaterowali się i mu prowadzili całą tą taką kancelarię. To sprzedaż lasu była, sprzedaż drzewa. Wyrąb lasu i sprzedaż drzewa. To też prowadzili, to znaczy Żydzi prowadzili to. A u nich wynajmowali. Mama mówiła, że u nich tam była gospodyni. Że tam oni wszystko przywozili, co trzeba, że w beczkach śledzie przywozili. Było bardzo dużo śledzi dobrych, a kiedyś śledzie to był rarytas, nie każden to mógł spróbować.