O spaleniu wsi i wojennej tułaczce

Opowieść Czesławy Siemionow, spisana 11 lutego 2008

No i wojna. I już tu jednostki strzelają, po samolotach, ale gdzie… Nie trafiają. Buch, buch, daleko od samolotu, widać gdzie pocisk. A samolot jak leciał, tak poleciał. Ale też i Niemcy przyszli. Wtedy to już puka ktoś. Tato poszedł, a walił w drzwi Niemiec. I dają w trzech językach napisane, żeby za dwie godziny, już nikogo tutaj nie było. Jak masz konia, wóz, to weź coś na wóz. Nie masz konia, to oni samochodami stali, do samochodów. No i ja, i mama i siostra, pięć lat młodsza, wzięła koszyk jajek i bochenek chleba i słoniny jeszcze. No i nas już wszystkich zegnali i powieźli.
Czekali, aż wszystkie się zjadą. Już w Budy wieźli i czekali, żeby Pogorzelców dowieźli. Powieźli za Prużane chyba, z dziesięć km wywalili na pastwisko. Zagorje ta wioska chyba się nazywała. Do szkoły, Pogorzelce, Teremiski – wszystko w jedną szkołę. Dwie wioski, a dzieci małe, a płaczą, my wszyscy na podłodze, ani się czym przykryć. To był czerwiec, ale na podłodze. I światła nie było, ale musieli siedzieć. I wtedy przyjechał już tata, na drugi czy trzeci dzień. Mama usmaży jajka raz na dzień, i ja i siostra to jemy, i to wszystko. Więcej nic.  A ludzie to chodzili i prosili, jak nasza sąsiadka, pięcioro dzieci, to ona musiała iść prosić. Niektórzy dadzą, ale i oni sami mało mieli.
No i wtedy już nas rozdzielili po ludziach, bo tam była duża wieś. No i nas do biednych ludzi dali. Do małej chatki, podłogi nie było, tylko klepisk. Stoła nie było, i tak mieszkali. Pamiętam nazwisko, Stasiewicz Roman. Stary był, pamiętam. Było dwa chłopcy i dziewczyna, chyba z ’28, bo ona taka duża jak ja, i jeszcze dwa chłopcy później. Pięcioro było dzieci. I my tam mieszkali do jesieni. Tatuś zrobił im stół – jakie one zadowolone! Tatuś to wszystko umiał robić. I my krowę  mieli, bo tatuś krowę wziął. Pomieszkali do jesieni i mama poszła do ciotki, aż tu za Hajnówkę, a szła na piechotę. No i przywiozła konia i my już mieli jechać, ale trzeba przepustkę mieć. I chodzi mama, ale Niemcy nijak przepustki nie dadzą. Pobili Żydów w Szereszewie, no i tatuś poszedł mieszkanie w Szereszewie dostaniemy i wybrał już mieszkanie i wszystko. I cztery rodziny w jedną chatę wsadzili nas: Wetajeki z Pogorzelec i Pabek,  ciotka i my. A po Żydach to jeszcze kogut był. A wszystkie ich meble, na placu zwiezione, takie kupy stały. Wszystkich tych Żydów meble powywalali na kupę, na kupę, na placu. No i my dawaj, tu jechać. Przyjechali my do ciotki, w Borysówce.  To było w tym samym roku, jeszcze przed zimą.