O tym jak gajowych na Sybir wywieźli

Opowieść Czesławy Siemionow, spisana 11 lutego 2008

Czterych gajowych było na Teremiski. Był Konstanty Smoktunowicz, Paweł Wiszniewski i Jan Wiszniewski i Józef Dobrzyński. I już mówię, ja poszłam do szkoły, mówię wywożą. Wszystkich gajowych na jeden strzelcem Griszka Smoktunowicz. Wszystkich wywożą. Ale tego nie wywieźli, co strzelcem był. Ale gajowych – nu tych powieźli. A był mróz, mróz. Ja idę, wieźli furą małe dzieci. A może czterdzieści stopni mrozu było. Boże, a taki mróz i ich powieźli na Sybir. I ich powieźli na Sybir. W czterdziestym roku, to bodajże luty był. Luty. W czterdziestym roku, cztery z wioski rodziny. Kto był gajowy.
Józef Dobrzyński on mieszkał za Sylwestrukiem, co to piwnica przy drodze – no to on tam.
A ten Paweł Wiszniewski, gdzie ta Cwalińska mieszka. To Paweł Wiszniewski. A jeszcze aż tam na kolonii, tam taka chata stała z drewna, to był Smoktunowicz Konstanty, tam. Za piwnicą (brzoza) po drugiej stronie. To tam on mieszkał ten Konstanty i to jego i dzieci wieźli. To ja minęła ich, gdy szła do szkoły i poszła do szkoły. I ich powieźli do Rosji. Ja dobrze pamiętam, jak ich wieźli, jak ich powieźli do Rosji.
Jan Wiszniewski w Palestynie zginął. Oni tam poszli do wojska tam w Rosji. W Palestynie zginął. A Paweł tam umarł, gdzie ich wywieźli, to tam umarł. Mówiła, że przywieźli trumnę, bo bardzo był wysoki ten  Paweł taki. Za mała była trumna, to wzięli wybili szczytek i nogi za trumną byli. Żeby na krótszego, to by starczyło.  Byli na wierzchu nogi i tak pochowali.