O wybuchu II wojny światowej

Opowieść Czesławy Siemionow, spisana 11 lutego 2008

Dużo wojska, raz,  potem znów i znów w każdy dzień tak jechało wojsko. Ale tylko na koniach. Innych nie widziałam. No i już poszli, pouciekali do lasu, poprzychodzili z lasu, cicho nie Niemcu. Niemcy nie przyszli do nas, w Narewce byli. I już mama poszła kartofle kopać. A ja do mamy, mała ja, jeszcze nie kopała, bo cóż to ni osiem lat, bo cóż to za kopanie. Biegła do mamy, mówię „Ruski przyjechali”. Nikt nic nie wiedział, bo cóż to. Uhhh, ja z pola biegiem Ruskich zobaczyć, bo jeszcze nie widziała. Myślała nie wiadomo co tam. Na. Przybiegła ja, a oni stoją gdzie ta Alek mieszka teraz, stoją tam naprzeciwko. No ta patrze: szynely takie ociopane, nie zarombione, no tylko takie ociopane. Konie takie zdechłe ledwo stoją. No i ja tak popatrzyła, popatrzyła …. myślę to takie Ruskie? Paski brezentowe, nie skórzane, no brezentowe. Mój Boże, myślę, to takie, a taka cieriega [rodzaj wozu], takie okowy żelazne. Ja weszła popatrzyła, jak to dzieci, to takie Ruskie, ja wiem, no nic poszła. A na drugi dzień mama znowu poszła. Już jedzie Ruski konno przez pole. Już jemu tam sąsiad poszedł otworzył zasuwki, bo tam mieli do lasu, żeby wjechać każdy koło swojego. I on pojechał do lasu.