O życiu w czasie wojny

Opowieść Czesławy Siemonow, zapisana 11 lutego 2008

A już jak tu u nas był sklep to byli sowieci. To to za sowietów było. To tatuś sprzedawał w sklepie i u nas w chacie był sklep. Ale to było duże mieszkanie i wzdłuż i wszerz. Aj to nie to było mieszkanie co teraz.  No to ja chodziła sprzedawała. Ode mnie kluczy nie chowali. I ja pójdę otworzę i komuś coś sprzedam i sobie cukierków nabiorę. No. Ciastków. Bo kiedyś to tak nie było nic. Ot cukierki i ciastka byli, ale tak żeby tak coś o, to nie. Śledzi to ja nie pamiętam. Może troche było, ale coś bardzo… nie za bardzo pamiętam. Nie było… sól, cukier, mąka, to troche było. No. A więcej nic. A za Niemców nic ani nic. Może kto robił u Niemców to dzieś tam. O, nasza sąsiadka. Ta o tutaj o, mówiła, że dostawała łyżkę, taki czerpaczek oleju na dziecko. Chyba nie na pracującego, na pracującego to dwa czerpaczki. Gdzieś tam mięsa kości i chleba dawali. A tatuś to brał pomałowa, taka karta nazywała się. Nie można mleć było. Tatuś mówił, że za tamtych Niemców to takie we wsi byli żarna i mleli w tych żarnach. I on [Niemiec] te żarna zabrał. Do jednej chaty postawił, te żarna Niemiec w tamte wojne i na dzień otworzył, na miesiąc i masz namleć i to żeby nie więce,  bo więcej nie wolno, a to taka karta i do młyna zawieziesz i więcej nie, no i ileś tam kilogramy na osobe. A mąki takiej to, jak to teraz kupuje sie w sklepie, skąd, nie było wcale, wcale. Cukru wcale. Ja to była w to wojne, to dziesięć lat miała. W czterdzieści pierwszym wojna była, to ja dziesięć lat miała. No. A siostra to o, pięć. Ona z czterdzieści szóstego roku. My cukru nie widzieli wcale. Nic. Ni cukru, nic. Mydła też nie. A później już dawał Niemiec troszkę mydła, bo za sowietów to było dużo mydła, to co, ale mydło to było. A to jakieś takie maleńkie i taki kawałeczek, jakieś by glina, z gliny, by  z czego to było. To za Niemców. To ja pamiętam. I to dawał tego mydła i chyba paczuszek proszku jakiegoś tam. Nazwa, że proszek, ale może troszkę on tam i działał, bo ja to jeszcze mała, ja nie prała, nie wiem, to mama. To prali i z popiołu, i z pieca i zaparzyć i ona taka mydlana woda i czysta. Jak ustoi robi sie czyściusieńka. A jeszcze jak jasionowy popiół, to bielusieńka. I to było takie bielidło. Takie pranie było. Taki był proszek. No. A cukru, a gdzie tam. Małe dzieci chowali bez cukru. Boże. No i cóż. Nie wszystkie mieli w piersiach te mleko. To nażuje chleba, w szmatke. Tak ja widziała sama. U nas to nie było. Bo u mnie jest siostra, ale ona juz po wojnie. W czterdzieści szóstym roku. A sowieci w czwartym, to już był cukier. Tam może nie było za co, ale już tego smoczka to można było kupić. A za Niemców nie. Ano chleba i pożuje i w szmateczke i dla dzieciaka wsadzi. Nie było ni takich pustych smoczków. Normalnie nic i dziecko te szmatke cmoka. Maleńkie. No. Toż widziała. Nie daj Boże. Ale już tego to może nie doczekają. Teraz jak walnie to walnie. A kiedyś to – oj. W nocy partyzany idą, w dzień Niemcy jadą. I sie… o tak o [chowa], firanków nie było. U nas to byli, ale u ludzi to nie było. No to tak z daleka, żeby Niemiec nie zauważył. Żeby chociaż nie zachodził. Bo jak już idzie, to już bieda. No i tego. I żeby nie zachodził. Poszedł Niemiec. Po drodze patrzą.