O życiu w hotelu robotniczym na Dąbrowie

Opowieść Marii Cwalińskiej, spisana 18 września 2010

Tak na Dąbrowie pięć lat mieszkałam. Było bardzo dobrze. Wesoło było, naprawdę było. Młodzież z całyj wsi przychodziła tam. Tam robili imprezy. Tam szykowali sylwestra. Tam były dechy, po prostu były dechy i tańce i wszystko. Tam się odbywało całe życie towarzyskie, jak to mówiąc – na Dąbrowie. Więc co? Było wesoło. W zimie? No cóż w zimie? W zimie przyjeżdżali do lasu ludzie. Też było pełno ludzi. Drwali, po prostu. Z innych nadleśnictw, bo wyrąbywali. Szli, te wręby i cieli. Po prostu. Taki był przykaz i tak robili.
A później? Poźniej to się po maleńku zmieniało to. Jak już przeszłam na wieś, no to, to już było nie takie życie. Bo tam, to było życie, inne to było. Mmnie było wesoło z nimi. Oni byli życzliwi wszyscy tacy. Naprawdę. Nie to, że tam oni wyróżniali. Może wiedzieli, że ja już tak o. Bo mówiłam, że jak ja będę tu żyła, to chcieli, żeby jakoś zaakceptować się z tym wszystkim. Ale było bardzo fajnie. Naprawdę było fajnie. Bo młodzież była. Teraz to tej młodzieży nie ma. Było bardzo dużo dziewczyn, chłopców było. OHP przyjeżdżało nawet do pracy w lecie, szkoły medyczne z Białegostoku, jeszcze tam inne i jeszcze. I te panie były takie miłe. Tam gotowali wszystko, co trzeba było. Więc było wesoło. A tu już nie było tak. To jest na uboczu dom trochę. Już potem życie takie o idzie, jak idzie. Chleb, sklep, dom i dzieci więcej. No a później, później też było dobrze.